Miesiąc: styczeń 2023 | Marketing Prawniczy – portal nowoczesnych prawników i kancelarii

E-book za zapis do newslettera? Przemyśl to jeszcze!

Poniższy artykuł pochodzi z siódmego numeru wyjątkowego Magazynu branży prawnej – Magazynu Prawniczego. Jeśli chcesz przeczytać więcej eksperckich artykułów kierowanych do kancelarii…

SPRAWDŹ NAJNOWSZY NUMER MAGAZYNU LUB ZAMÓW PRENUMERATĘ!

***

Nie policzę, ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat otrzymałam prośbę o pomoc w napisaniu lub redakcji e-booka. Najczęściej autorami prośby byli prawnicy, którzy postanowili uruchomić własne newslettery. Potrzebowali czegoś, co zachęci odbiorców do zapisania się do nich. Takiego „prezentu za zapis” – czyli lead magnetu. 

E-book jest najprostszym i oczywistym wyborem dla wszystkich osób, które chcą nakłonić innych do dołączenia do listy mailingowej. Być może Ty również myślisz o newsletterze, a w przyszłości chciałbyś oferować czytelnikom e-booka w zamian za zapis. Zanim jednak  poświęcisz długie godziny na jego przygotowanie, zastanów się i odpowiedz szczerze: ile razy Ty sam skorzystałeś z e-booka otrzymanego w zamian za dołączenie do czyjegoś newslettera? Czy nie bywało czasem tak, że często… nawet go nie pobrałeś? Jeśli czujesz już przesyt e-bookami i szukasz inspiracji na bardziej oryginalne prezenty dla potencjalnych czytelników Twoich mailingów – przybywam z kilkoma pomysłami. 

Czym jest lead magnet?

Na początek zdefiniujmy sobie pojęcie lead magnetu – ważne, abyśmy rozumieli je tak samo. 

Jak sama nazwa wskazuje, lead magnet, to magnes – przyciągający Twojego potencjalnego klienta. Wabik, który sprawia, że przybliża się on do kontaktu z Tobą i zaczyna odczuwać potrzebę skorzystania z Twojej usługi lub zakupu produktu. Zadaniem lead magnetu jest wzbudzenie u klienta poczucia, że właśnie Ty ostatecznie dasz mu to, czego potrzebuje. A na razie – dajesz mu bezpłatną próbkę. Prezent. Gratis. Lead magnet! 

Co ważne, choć o lead magencie najczęściej mówimy w kontekście newslettera, można go stosować także do realizacji innych celów. Prawnicy mogą wykorzystywać lead magnety jako bezpłatne materiały edukacyjne dla nowych klientów, czy jako „wabiki” np. na biznesowych śniadaniach czy konferencjach (w wydrukowanej formie). Mogą też umieszczać je do pobrania na WWW lub prawniczym blogu, jako uzupełnienie konkretnego tematu. Sky is the limit.  

W przypadku usług prawniczych lead magnet ma dużo większe i bardziej złożone znaczenie, niż w przypadku produktów czy usług „codziennego użytku”. Można kupić np. buty sportowe po przeczytaniu e-booka o najwygodniejszych modelach. Nikt jednak nie podejmuje decyzji o wyborze prawnika, który poprowadzi proces upadłości przedsiębiorstwa, czy rozwód, wyłącznie na podstawie otrzymanego lead magnetu. To paradoksalnie sprawia, że w usługach profesjonalnych rola lead magnetu jest jeszcze większa bo dłuższa jest ścieżka decyzyjna klienta. Klient może przejść przez proces decyzyjny samodzielnie, po omacku, rozglądając się na boki. Może też zostać przeprowadzony przez ten proces za rękę przez specjalistę, który na drodze do nawiązania współpracy podpowie mu najlepsze rozwiązania i zwróci uwagę na kluczowe kwestie. Specjalistę, czyli Ciebie. 

Poniżej znajdziesz 5 pomysłów na lead magnety bardziej oryginalne niż e-book. Być może stwierdzisz, że któryś z nich sprawdzi się także w Twojej kancelarii!

1. Wzór pisma wraz z wyjaśnieniem, jak je przygotować 

Zacznijmy od najmniej marketingowego pomysłu a jednocześnie najbardziej praktycznego i autentycznie przydatnego odbiorcom. Możesz zaoferować im wzór konkretnego pisma procesowego lub innego dokumentu, wraz z wyjaśnieniem, jak poprawnie dostosować pismo do swojej sprawy. Możesz także załączyć praktyczne wskazówki co do jego złożenia, terminów, potencjalnych pułapek, itp. 

W czasie pierwszej fali pandemii furorę robiły wzory wniosków o świadczenia z tarcz antykryzysowych. Nie wiem, jaka była faktyczna jakość tych lead magnetów, ale obserwowałam, że przedsiębiorcy naprawdę aktywnie je pobierali. Jestem przekonana, że kancelarie, które oferowały tego typu materiały, nie tylko pomogły firmom, ale też doskonale zrealizowały swoje cele marketingowe. 

Warto też zwrócić uwagę, że lead magnet w formie dokumentu nie „poniesie” się prawdopodobnie tak szeroko, jak np. e-book na jakiś aktualny temat. Pobiorą go tylko osoby, które są faktycznie zainteresowane tego typu pismem. O ile e-booka można pobrać „bo tak”, o tyle wzor jakiegoś dokumentu pewnie niekoniecznie. Ma to jednak swoje plusy. Jeśli ktoś pobiera wzór dokumentu, oznacza to, że prawdopodobnie jest naprawdę zainteresowany konkretnym działaniem. Kancelaria otrzymuje dane potencjalnego klienta bez konieczności późniejszego „przesiewania” ich przez kolejne sito. Jakość, nie ilość. 

Kilka tygodni temu rozmawiałam z radcą prawnym, który wiele lat temu umieścił na swoim blogu wniosek o otwarcie jednego z rodzajów postępowania restrukturyzacyjnego.  Wniosek w ciągu kilku lat został pobrany niecałe 1 000 razy co potwierdza, że nie jest typ lead magnetu, który poniesie się wyjątkowo szeroko. Niemniej, autor wniosku jest bardzo zadowolony z efektów. Zyskał dzięki niemu kilkunastu klientów indywidualnych i jednego stałego partnera biznesowego. Lead magnet od lat doskonale spełnia swoją rolę. 

2. Raporty i badania

To chyba mój ulubiony typ lead magnetu. Może dlatego, że uwielbiam statystyczne ciekawostki? A może dlatego, że raporty i badania zwykle przyjmują prostą, przejrzystą graficznie formę i nie trzeba przedzierać się przez ściany tekstu, których czasem wszyscy miewamy dość? 

Raporty i badania to doskonały pomysł na lead magnet. Jest on oczywiście bardziej pracochłonny niż wzór dokumentu czy prosty e-book.  W przeciwieństwie do tego pierwszego ma jednak szansę ponieść się naprawdę szeroko. Ciekawe, dobrze zrobione raporty i badania, często zaczynają żyć własnym życiem, a inne osoby w swoich publikacjach chętnie się na nie powołują. Raporty i badania dostarczają bardzo konkretną, obiektywną i trudną do podważenia wartość. Buduje to wiarygodność i profesjonalizm autorów. 

Praca nad tego typu materiałem nie jest łatwa. Trzeba porządnie nagłowić się nad tematem, znaleźć grupę badawczą, przeprowadzić badania i opracować przejrzystą formę graficzną. Z własnego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że warto. Jako zespół Tomczak Stanisławski wraz z doktorem Tomaszem Piekotem w czerwcu br. wypuściliśmy w świat Raport „Język WWW kancelarii prawnych”. Blisko trzy lata temu przygotowaliśmy też raport o stronach internetowych czołowych polskich kancelarii. Efekty i pozytywny feedback przerosły nasze oczekiwania. 

3. Wideolekcja lub nagranie webinaru

Wideolekcja to doskonały pomysł dla prawników, którzy nie chcą spędzać długich godzin, prowadząc badania do raportu lub pisząc merytoryczne, opasłe opracowania. Wolą usiąść przed kamerą i w kilka minut, w prosty sposób, wyjaśnić odbiorcy zawiłości jakiegoś prawnego zagadnienia. 

Jeśli to o Tobie przygotuj lead magnet w formie video. Nie musi to być profesjonalna produkcja. Twój smartfon zapewne wystarczy do nagrania takiego filmu. Nie musisz też mieć gracji i szyku profesjonalnego prezentera telewizyjnego. Naturalność w połączeniu z doskonałą merytoryką jest w cenie. 

A jeśli prowadziłeś już kiedyś jakiś merytoryczny webinar i  dysponujesz jego nagraniem  gratulacje, masz już lead magnet! Nie miej oporów przed ponownym wykorzystywaniem stworzonych już materiałów, o ile tylko są dobrej jakości. Wielu twórców internetowych, nagrania webinarów, w których można było uczestniczyć bezpłatnie, sprzedaje za niewielkie kwoty kilkanaście, kilkadziesiąt złotych. Ty w zamian chciałbyś tylko adres e-mailowy. Niewiele, prawda?

4. Test na… wybierz sam! 

Test brzmi źle przyznaję. Powszechne skojarzenie z ankietami i testami nie jest być może najlepsze, ale to bardzo ciekawy (i ponadprzeciętnie skuteczny!) sposób budowy listy mailingowej. Polega na tym, że odbiorca wypełnia test, a wyniki (lub ich szczegółowy opis) otrzymuje mailowo.  

Jakie testy może zaoferować prawnik? To oczywiście zależy od specjalizacji, ale przykłady można mnożyć. 

  • Czy Twoja firma potrzebuje restrukturyzacji?
  • Czy masz szansę na alimenty od byłego małżonka?
  • Czy warto przekształcić jednoosobową działalność w spółkę z o.o.?
  • Czy masz szansę na odszkodowanie z tytułu… (wstaw dowolne zdarzenie)?
  • Czy należycie chronisz swój znak towarowy?

Oczywiście, wyniki takiego testu będą przybliżone (i zautomatyzowane). Nie będą tak wartościowe, jak porada uzyskana w trakcie indywidualnej konsultacji. Należy to odbiorcy wprost zakomunikować i wyjaśnić. Mogą jednak stanowić silny bodziec nie tylko do pozostawania subskrybentem newslettera, ale też bezpośredniego kontaktu z kancelarią. 

5. Checklista

Checklista, czyli najbardziej oczywista alternatywa dla e-booka. Muszę jednak o niej wspomnieć, bo… po prostu się sprawdza.

Checklista to prosty, skondensowany dokument, w którym przedstawiasz odbiorcy kilka kroków, które powinien wykonać, aby zrealizować jakieś zadanie. Prawdziwy wysp  checklist autorstwa prawników nastąpił po wejściu w życie RODO trzeba przyznać, że dla tej formy lead magnetu była to wyjątkowo wdzięczna tematyka. 10 kroków do wdrożenia RODO w Twojej firmie sprawdź, czy już je zrobiłeś! przyznasz, że brzmi dobrze i zachęca do pobrania dokumentu. W najbliższym czasie takim „hot” tematem może stać się ochrona sygnalistów. 

W swojej praktyce widziałam wiele checklist tworzonych przez prawników. Dotyczyły nie tylko RODO, ale też np. tworzenia spółek z o.o., pozywania lekarzy za błędy medyczne, czy przygotowań do wejścia w życie nowego PZP. W co najmniej kilku kancelariach widziałam też checklisty rozwodowe, dotyczące formalności, których trzeba dopełnić, zanim szczęśliwie ponownie staniemy się ludźmi stanu wolnego. 

W przypadku checklist trzeba pamiętać, aby nadać im odpowiedni tytuł. Powinien on agresywnie zachęcać do zapoznania się z dokumentem. Mówiąc wprost powinien brzmieć odrobinę jak nagłówek rodem z Super Expressu. Takie checklisty pobierane są najchętniej. Brzmi brutalnie, ale spójrz na dwa poniższe przykłady dotyczącej tej samej tematyki:

  • Jak uniknąć kary za nieprzestrzeganie przepisów dotyczących COVID-19? 10 prostych kroków. 
  • Jakie kary mogą zostać nałożone na przedsiębiorcę z tytułu naruszenia odpowiednich przepisów w zakresie zaleceń służb sanitarnych i rządu dotyczących bezpieczeństwa pracy w związku z pandemią COVID-19?

Widzisz różnicę?

Platforma zamiast lead magnetu rozwiązanie dla ambitnych

Na koniec kilka słów o rozwiązaniu, które wzbudza zachwyt choć jest niewątpliwie najbardziej pracochłonne ze wszystkich wymienionych. Własna platforma z materiałami edukacyjnymi zamiast prostego lead magnetu. Kompendium wiedzy dla klientów i potencjalnych klientów kancelarii. Odbiorca, w zamian za dołączenie do newslettera, otrzymuje do niego dostęp, a z dostępnych materiałów może skorzystać bezpłatnie i w dowolnym czasie. 

Na takiej platformie mogą znaleźć się materiały stworzone specjalnie w tym celu lub w ramach recyklingu treści inne, zebrane np. z blogów kancelarii, czy przygotowanych wcześniej źródeł wiedzy. 

Rozumiem, że taka platforma jest na tyle innowacyjna, że wyobrażenie sobie jej może być trudne. Pozwól więc, że odeślę Cię do Klubu Małej Wielkiej Firmy. To platforma prowadzona przez Marka Jankowskiego, czyli ojca biznesowych podcastów w Polsce i autora podcastu „Mała Wielka Firma”.  Członkowie klubu otrzymują dostęp do e-booków, checklist, artykułów, materiałów video i wielu innych treści. To doskonały sposób nie tylko na dzielenie się wiedzą, ale też budowę zaangażowanej społeczności.

Z mojego researchu wynika, że żadna polska kancelaria nie wystartowała jeszcze z podobną inicjatywą. Tymczasem szczególnie dla większych podmiotów, dysponujących zespołem gotowym do tworzenia materiałów oraz środkami na przygotowanie i prowadzenie takiej platformy to może być bardzo skuteczny element wieloletniej, długofalowej strategii marketingowej.

A jeśli newsletter, to… może płatny?

Wróćmy jeszcze na chwilę do samych newsletterów. Z moich obserwacji rynku w USA z którego prędzej czy później trendy przychodzą do nas wynika, że przyszłością są newslettery płatne. Jako wróżka Emilia przewiduję, że w ciągu kilku lat może dojść do sytuacji, w której to odbiorca będzie musiał zapłacić za treści od nas, a nie odwrotnie. Być może „kuszenie” czytelników darmowymi prezentami to kwestia jeszcze kilku lat (lat, które powinieneś wykorzystać na budowę swojej bazy odbiorców). 

Zastanawiasz się pewnie, jak miałoby dojść do takiej zmiany? Dlaczego aktualnie potencjalnych subskrybentów trzeba wszystkimi siłami zachęcać do dołączenia do listy mailingowej, a całkiem niedługo mieliby robić to z własnej woli i jeszcze za to zapłacić? 

Otóż płatne newslettery to zupełnie inny poziom merytoryczny niż bezpłatne. To kompleksowe, wielowątkowe opracowania, często o objętości porządnego e-booka. Sama jestem zapisana do jednego (marketingowego), a moja subskrypcja przypomina  prenumeratę branżowego magazynu, na który raz w miesiącu czekam z wypiekami na twarzy. 

Jako odbiorcy jesteśmy coraz bardziej znużeni odbiorem treści wątpliwej jakości, która zalewa nas z każdej strony. Podejrzewam, że już dziś wielu z nas jest gotowych zapłacić, aby dostawać tylko jakościowy content, dopasowany precyzyjnie do naszych potrzeb. Skoro trzymasz w rękach ten Magazyn… zakładam, że Ty także wyrażasz taką gotowość. 

W Polsce na płatny, wysoko merytoryczny newsletter, zdecydowało się już kilku twórców internetowych, tworzących w obszarze biznesu i finansów.  Może czas na kancelarie? 

Ale ja chcę e-booka!

Na koniec kilka słów do małych uparciuszków. Jeśli uważasz, że mimo wszystko e-book będzie dla Twojej kancelarii najlepszym wyborem w porządku. Nie twierdzę, że e-booki wymarły. Aby jednak e-book przyciągnął do Twojego newslettera nowych subskrybentów lub spełnił inny wyznaczony przez Ciebie cel, musisz mieć na niego konkretną wizję. To nie może być parafraza ustawy (lub co gorsza kopiuj-wklej!). Pomyśl, do kogo chcesz skierować swój przekaz, co powinna zawierać publikacja i jakie problemy odbiorcy rozwiąże. Możesz pomyśleć również o stworzeniu e-booka z elementami kursu, w którym znalazłyby się zadania praktyczne dla czytelników. Nie pisz „bo wszyscy tak robią” szkoda Twoich cennych godzin. Wymyślenie tematyki e-booka i dobrej strategii na niego, może zająć więcej czasu, niż jego napisanie. Serio.

Bez względu jednak na formę lead magnetu, jaką wybierzesz, nie ignoruj jego znaczenia. Warto mieć przygotowane materiały, którymi poczęstujesz swoich odbiorców i potencjalnych klientów. Jeśli nie znajdą ich u Ciebie… pewnie znajdą je w kancelarii o bardziej proklienckim podejściu. Do przemyślenia! 

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do naszgo newslettera i otrzymuj najnowsze informacje dotyczące marketingu prawniczego.

Administrator Danych Osobowych: Tomczak Stanisławski Marketing sp. z o.o. | Pełna klauzula

Pro publico bono – passé?

Poniższy artykuł pochodzi z ósmego numeru wyjątkowego Magazynu branży prawnej – Magazynu Prawniczego. Jeśli chcesz przeczytać więcej eksperckich artykułów kierowanych do kancelarii…

SPRAWDŹ NAJNOWSZY NUMER MAGAZYNU LUB ZAMÓW PRENUMERATĘ!

***

XXI wiek nam nie odpuszcza. Niezależnie od tego, w jakiej branży pracujesz, nie masz prawa przystanąć. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Przecież wszyscy inni w tym czasie prą przed siebie bez opamiętania. Musisz być na bieżąco z najświeższymi nowinkami marketingowymi, musisz dbać o odpowiedni poziom cyfryzacji usług, a także zagwarantować pracownikom roboczy wellbeing w wysokim standardzie. Musisz też ciągle podnosić kwalifikacje. Nie zapominajmy również o obowiązku budowy sieci kontaktów i dbałości o dobre kontakty z klientami – w końcu to oni zapewniają ciągłość Twojego biznesu. W takim świecie świadczenie bezpłatnych usług prawnych może wydawać się stratą cennego czasu i energii.

Praca pro bono nie jest jednak pozbawiona zapłaty – choć nie w dosłownym sensie. Każde nasze działanie, nawet to bezinteresowne, może obrócić się na naszą korzyść. Sztuką w tym przypadku jest zrozumienie i czerpanie z zasady wzajemnego oddziaływania.

Dźwignia marketingu – doświadczenie

Każda praca, której podejmujemy się na rzecz klienta, powinna zostać wykonana z należytą starannością i pełnym profesjonalizmem. Tak samo jak płatne zlecenia, usługi pro bono wymagają od prawników opracowywania strategii, przygotowania spektrum argumentów i umiejętnego poruszania się w procesowych zawiłościach. Ten zestaw działań może stanowić idealną przestrzeń do podnoszenia umiejętności. Może też zapewnić szerokie możliwości zdobycia bezcennego doświadczenia.

To szansa przede wszystkim dla początkujących prawników. Juniorzy, wykonujący na co dzień rutynowe kancelaryjne czynności, mają dzięki działaniom pro bono szansę na szybkie podniesienie swoich kompetencji. W końcu to oni mogą w przyszłości stanowić trzon Twojej firmy. To trochę tak jak z dorosłością – żadne akademickie zajęcia z WDŻ, czy mądrości starszego pokolenia, nie przygotują Cię do życia tak, jak przeżyte w praktyce porażki i sukcesy.

Portfolio nigdy nie jest za duże

Masz już pełen pakiet: doświadczenie w swojej dziedzinie, ogromny zasób wiedzy, stałą bazę klientów. Zadowolony odprężasz się jak kot, który opił się śmietaną… aż spadasz z wygodnej kanapy w bolesną rzeczywistość.

Pandemia koryguje możliwości finansowe interesantów. Stali klienci szukają powiewu świeżości i nawiązują współpracę z inną kancelarią. Lukratywny filar działalności osiąga datę ważności i zapytania w tym obszarze gasną. Czujesz, że zostałeś na lodzie, a Twoja specjalizacja Cię ogranicza. Nie daj się zbić z tropu.

To bardzo dobrze, że masz określoną sferę działania, ale pamiętaj, że praca pro bono może pozwolić Ci na zróżnicowanie umiejętności i znalezienie alternatywnego wyjścia z sytuacji. Możliwości w tym zakresie są nieograniczone. Otwierają drzwi do zestawu doświadczeń, do których inaczej nie miałbyś dostępu. A przy okazji – zbudujesz backup Twoich kwalifikacji.

Chleba i prawników!

Usługi prawne nie są dostępne dla każdego. Zatrudnienie prawnika często przekracza możliwości budżetu wielu osób. Najprostszym powodem, dla którego praca pro bono powinna pojawić się w Twoim portfolio, jest fakt, że pomaga – i klientowi, i Tobie.

Świadczenie bezpłatnych usług prawnych niewątpliwie może odmienić czyjąś życiową sytuację, a nie ma nic lepszego, niż pozytywna opinia potwierdzająca umiejętności. To ważne, szczególnie jeśli chcesz budować pozycję kancelarii lokalnie. Działania pro bono wzmocnią Twoje powiązania ze społecznością i zbudują wizerunek „swojego człowieka”.

Tak patrzę na świat

Esencją pro publico bono jest działanie dla dobra publicznego. To nie zawsze sprowadza się do świadczenia pomocy na rzecz osób bez funduszy. To przede wszystkim wspieranie swoją wiedzą organizacji pożytku publicznego lub ugrupowań działających na rzecz dobra ogółu. To również wytyczanie ścieżek i wzorców dla orzecznictwa sądowego w przypadku precedensów. Zaangażowanie w pracę pro bono mówi Twoim pracownikom i klientom, jakiego rodzaju kancelarią jesteś. Pomaga też określić Twój stosunek do społeczności. W efekcie budujesz swoją rozpoznawalność w konkretnym środowisku i konstruujesz nową odnogę sieci kontaktów.

Jak sprawić, aby świadczenie usług pro bono działało na Twoją korzyść?
Uważnie wybierz klienta
Dopasuj profil sprawy do swoich preferencji. Odpowiedz sobie na kilka pytań:

→ Jaki jest mój idealny klient pro bono?
→ Dlaczego chcę go reprezentować?
→ Skupiam się na rozwijaniu swoich technicznych umiejętności, czy temat sprawy jest dla mnie pasjonujący?
→ Czy wybieram sprawę dostosowaną do moich umiejętności, czy decyduję się na wyjście poza strefę komfortu?

Rzetelny rachunek sumienia i ustalenie powyższych parametrów pozwoli Ci w pełni zaangażować się w przedsięwzięcie pro bono.

Wyznacz konkretny cel

Prócz oczywistego niesienia pomocy potrzebującym, warto wyznaczyć dodatkowe cele świadczenia bezpłatnej usługi. Może chcesz zbadać nowe pole działania? Poprawić umiejętności interpersonalne? Wytyczając jasno określony punkt, do którego dążysz, będziesz mógł łatwo monitorować swoje postępy oraz odczuć bezpośrednie korzyści płynące z aktywności pro bono.

Dbaj o BHP

Ważne, aby ustalić limity czasowe dotyczące ilości pracy, którą wykonasz na zasadzie pro bono. Celem bezpłatnego świadczenia usług nie jest generowanie dodatkowego stresu poprzez próby robienia dla potrzebujących mitycznego „więcej”. To raczej uświadomienie sobie, że angażowanie się w różne doświadczenia poza codziennymi biurowymi obowiązkami, może w rzeczywistości być dobre dla równowagi psychicznej. Aby jednak osiągnąć ten złoty punkt, dbaj o higienę pracy. Nie zapominaj, że aby skutecznie pomóc innym, najpierw musisz zadbać o siebie.

Bądź głośny

Zyskaj więcej dla siebie oraz dla klienta. Napisz o swojej sprawie artykuł, zaproś gościa na webinar, nagraj interesujący podcast. W społeczeństwie panuje przekonanie, że nie powinniśmy „chwalić się dobrymi uczynkami”. To błąd. Przedstawienie rzetelnie wykonanej pracy – jako case study – buduje pozycję na rynku. Prezentuje styl działań, pomaga tworzyć relacje. Przede wszystkim jednak:

→ uwypukla potrzeby konkretnego środowiska,
→ daje ludziom nadzieję, że nie zostaną sami z problemami tylko ze względu na brak środków finansowych,
→ edukuje w zakresie świadomości prawnej Polaków oraz dostępu do pomocy.

Jeśli nadal budujesz swoją praktykę prawniczą lub dążysz do znalezienia sposobu na zmianę ustalonej rutyny, działania pro bono zapewnią Ci dokładnie te szanse, których poszukujesz. Patrz na bezpłatne świadczenie usług tak, jak na inwestycję w samego siebie. Pro bono zapewnia rozwój, różnorodność, możliwość wyrażenia siebie i swoisty ambient marketing. Przede wszystkim jednak – pomaga ludziom. Z tym każdy prawnik powinien czuć się najlepiej.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do naszgo newslettera i otrzymuj najnowsze informacje dotyczące marketingu prawniczego.

Administrator Danych Osobowych: Tomczak Stanisławski Marketing sp. z o.o. | Pełna klauzula

Legal, tax czy usługa dla klienta?

Poniższy artykuł pochodzi z siódmego numeru wyjątkowego Magazynu branży prawnej – Magazynu Prawniczego. Jeśli chcesz przeczytać więcej eksperckich artykułów kierowanych do kancelarii…

SPRAWDŹ NAJNOWSZY NUMER MAGAZYNU LUB ZAMÓW PRENUMERATĘ!

***

Wpuść klienta, pokaż mu stolik, przy którym może usiąść i nie wymagaj podejmowania decyzji. On przyszedł do Ciebie po spokój.

Duże firmy prawno-podatkowo-doradcze często prezentują swoje usługi układając je według działów z biblioteki uniwersyteckiej albo zgodnie z tym co jest w KRS.  Efekt jest taki, że mamy podział na prawo, podatki, audyt, księgowość itp.  Czy to na pewno najlepszy podział z perspektywy klienta?

Trzy furtki i stolik

Wychodzę z założenia, że klient przychodzi do kancelarii albo firmy doradczej, bo ma problem albo przewiduje, że może go mieć. Ten problem jest nazwany albo dopiero wymaga określenia. Jednak raczej nie jest tak, że klient ma problem ogólnie z prawem albo ogólnie z podatkami. 

Może być też tak, że klient przychodzi do kancelarii, bo chce kupić usługę, która jest już rynkowo nazwana. Z tym, że ta usługa nie nazywa się raczej prawo, podatki czy księgowość.

Dlaczego zatem wiele polskich i globalnych kancelarii oraz firm doradczych właśnie od tego podziału zaczyna prezentację swoich usług?

Mogę tylko snuć domysły.

Pierwszy jest taki, że ktoś z “dużych” był pierwszy i reszta poszła jego śladem. Taka wersja pojawiała się w rozmowach, które prowadziłem. “Oni tak zrobili, więc tak chyba powinno być”. Chyba…

Druga możliwość jest taka, że tak jest najłatwiej, bo dzięki temu strona www pokazuje to czym zajmują się spółki w ramach grupy. Przykładowo w grupie Kruczek i Procencik mamy spółki K&P Legal Kancelaria Adwokatów i Radców Prawnych sp. k. (rzadziej “prawo”, bo brzmi mało zachęcająco), K&P Tax (ta sama historia) oraz K&P Accounting (no, bo kto chciałby skorzystać ze swojskiej księgowości). Tę układankę może uzupełnić jeszcze Audit (koniecznie przez “i”, jak auditor w ISO), Tech, Startup, Advisory i Finance. 

Jeśli firma jest poukładana tak, że wspólna marka jest tylko parasolem stojącym nad kilkoma stolikami to oczekiwanie jest takie, że klient sam wybierze stolik i przysiądzie się w odpowiednim momencie. Pytanie, czy klient wie gdzie ma usiąść?

Możliwości jest więcej. 

Jednak czy nie jest tak, że klienci trafiają do dużych kancelarii i firm doradczych z problemami, które wymagają przekrojowej wiedzy i szerszego spojrzenia? Dlaczego klient jest zmuszany do wybrania furtki skoro wszystkie prowadzą do tego samego domu?

Dla miłośników SEO zwracam uwagę, że taka taktyka jest też nieskuteczna biorąc pod uwagę pozycję w wynikach wyszukiwania. Frazy takie jak legal, tax, accounting czy ich polskie odpowiedniki są tak powszechne, że zdobycie wysokich pozycji na nie jest co najmniej bardzo trudne i kosztowne. No i powraca pytanie: czy klienci tego szukają?

Frontem do klienta

Zastanówmy się jak można podejść inaczej do powitania klienta i prezentacji usług. Przyjmijmy przy okazji, że klient ma ambiwalentny stosunek do tego, która spółka z grupy Kruczek i Procencik wystawi fakturę za usługi. 

Wyobraź sobie, że Marian Kowalski i Zofia Nowak są przedsiębiorcami i wchodzą na stronę internetową K&P.

Marian nie wie czy jego problem to wyzwanie dla podatkowca czy dla prawnika. Marian po prostu ma problem i chce, żeby ktoś go rozwiązał. Jeśli zaczniesz od tego, że zdejmiesz z Mariana obowiązek wyboru furtki to masz już plusa. Marian ma jedną decyzję mniej do podjęcia. Żeby to zrobić możesz np. napisać tak: “Masz w firmie problem dotyczący pieniędzy albo przepisów – kliknij tutaj”. Tam wystarczy zadać Marianowi kilka pytań pomocniczych albo skierować go na krótką konsultację. 

Zofia jest bardziej zorientowana w tym co ją boli i potrafi swój problem nazwać. Ten problem to wszytko co związane z najnowszymi przepisami dotyczącymi opodatkowania przedsiębiorców. Zofia chciałaby mieć w firmie ład i dlatego szuka kogoś kto kompleksowo zajmie się jej sprawą. Dlatego szuka miejsca, które polskie firmy doradcze i kancelarie nazywają tradycyjnie “one-stop shop”. No i w tej firmie doradczej przygotowano usługę “zaprowadź ład w swoim biznesie”. Zofia wchodzi na stronę www Kruczek i Procencik, widzi przycisk “Ład w biznesie” i wie, że ktoś rozumie jej sytuację.

Marian jest pod opieką, a Zofia poczuła się zrozumiana. To wszystko dzięki spojrzeniu na usługę ich oczami, a nie oczami typowego Kruczka i Procencika.

Ale Proszę Pani, starszaki tak właśnie robią

Kiedyś wszyscy jeździli konno i niewiele osób miało z tym problem. Kiedyś na samochód mówiono automobil i to było ok. Są też tacy, którzy zawsze zamawiają ketchup do pizzy. No, ale to nie znaczy, że wszyscy muszą tak robić.

Część Marianów i Zofii trafi do największych i najbardziej rozpoznawalnych firm właśnie dlatego, że są duże i rozpoznawalne. Czasami tylko dlatego. Te firmy mają za sobą wieloletnią historię, dokonania, świetnych ludzi i rewelacyjnie wypozycjonowane strony internetowe z domenami o długim stażu i wartości takiej jak luksusowy samochód.

To, że te firmy grupują swoje usługi w określony sposób, nie oznacza, że ty też masz tak robić. Jednak jeśli chcesz dać sobie szansę na obsługiwanie Marianów i Zofii polskiej przedsiębiorczości to może warto wyjść im naprzeciw. 

Pokaż, że rozumiesz co spędza im sen z powiek. To raczej nie jest “prawo, podatki i księgowość”.*

*autor zapewnia, że nazwa usługi nie musi być tożsama z firmą spółki, która tę usługę świadczy 😉

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do naszgo newslettera i otrzymuj najnowsze informacje dotyczące marketingu prawniczego.

Administrator Danych Osobowych: Tomczak Stanisławski Marketing sp. z o.o. | Pełna klauzula

4 szanse na debiut, czyli o 4 stronach głównych w Twoim serwisie

Poniższy artykuł pochodzi z szóstego numeru wyjątkowego Magazynu branży prawnej – Magazynu Prawniczego. Jeśli chcesz przeczytać więcej eksperckich artykułów kierowanych do kancelarii…

SPRAWDŹ NAJNOWSZY NUMER MAGAZYNU LUB ZAMÓW PRENUMERATĘ!

***

Strona internetowa Twojej kancelarii ma co najmniej 4 strony główne. Jest duża szansa, że zadbałeś tylko o jedną i to w dodatku nie tę najważniejszą. 

Powszechna opinia jest taka, że na stronę internetową wchodzi się przez stronę główną pod adresem np. www.najlepszyprawnikwokolicy.pl  Bardzo prawdopodobne, że właśnie na stworzeniu tej strony głównej skupiłeś się najbardziej. Zadbałeś o komunikaty, ustawienie przycisków, nawigację i call to action. Brzmi dobrze, ale znam przypadki, w których na stronę główną trafiło tylko 3% użytkowników. Tylko 30 osób na 1000 trafia na tę wymuskaną stronę i ostatecznie to, co się na niej dzieje, nie ma znaczenia dla większości użytkowników.

W praktyce odbiorcy Twojej strony internetowej, których dalej będziemy nazywać też potencjalnymi klientami, wybierają najróżniejsze drzwi wejściowe. I robią to bez pukania. Jedyne, co możesz zrobić, to przygotować się na ich wizytę.

Jak sprawdzić gdzie trafiają Twoi użytkownicy?

Informacja o tym, którymi drzwiami wchodzą użytkownicy Twojej strony, jest darmowa i dostępna m.in. w panelu Google Analytics. 

Wystarczy wejść w RAPORTY → Zachowanie → Zawartość witryny → Strony docelowe.  Tam dowiesz się więcej.

Oznaczenie „/” dotyczy strony głównej. W pozostałych przypadkach zorientujesz się po adresach URL, no chyba że twórca strony obdarował Cię kodami numeryczno-literowymi. Wtedy pozostaje żmudne klikanie, ale do tego prawnicy są przyzwyczajeni.

4 debiuty i 4 strategie

Otwarcie i debiut to szachowe określenia na rozpoczęcie partii. To ta część gry, która może wpłynąć na jej dalszy przebieg. To także moment, w którym robisz pierwsze wrażenie na przeciwniku.

Książka The Oxford Companion to Chess podaje 1327 otwarć i wariantów. Na szczęście wystarczy, że skupisz się na 4 otwarciach, które może zagrać Twój potencjalny klient na stronie internetowej kancelarii.

Na każde z tych otwarć możesz się przygotować, wdrażając odpowiednią strategię.

Oto ich krótki przegląd. 

Strategia 1: Home sweet home

Którędy wchodzi się na stronę internetową? Przez stronę główną. Taka odpowiedź wydaje się oczywista i faktycznie tak często jest. 

Na tzw. home page można trafić po ręcznym wpisaniu adresu, który widnieje na wizytówce, z linku w sygnaturze e-mail, z profilu w sieci społecznościowej i oczywiście z wyników wyszukiwania w Google.

Tę właściwą stronę główną porównałbym do tablicy z kierunkami przy górskim szlaku. Widoki są ładne, ale chcę dowiedzieć się, dokąd mam się kierować. Tutaj powinieneś zadbać o to, żeby użytkownik dowiedział się, do kogo trafił, jaki problem dla niego rozwiążesz i co powinien zrobić dalej.

Jeśli wdrożysz tu jakieś strategiczne rozwiązania dotyczące m.in. nawigacji, styli, czy tego, że głównym kierunkiem przeglądania będzie góra-dół, a nie lewo-prawo, to warto trzymać się tego konsekwentnie.

Na stronie głównej nie możesz jednak skończyć. To drzwi od frontu, ale jak już wiemy, nie wszyscy wchodzą akurat nimi.

Strategia 2: Social media newsroom

Jeśli poważnie traktujesz swoją obecność w mediach społecznościowych i chcesz sprowadzać stamtąd ruch na stronę kancelarii, musisz zadbać o podstrony z aktualnościami, artykułami i wpisami blogowymi. 

Załóżmy, że Twojego gościa zainteresował post na LinkedIn, w którym piszesz o zmianie w regulacjach albo o sukcesie kancelarii. Taki człowiek ląduje często w miejscu nieprzychylnym, które na większości stron kancelarii wygląda jak zapomniany przypis albo dowód powołany w pozwie na ostatnią chwilę. 

Możesz się wyróżnić, ułatwiając czytanie i zachęcając do zrobienia kolejnego kroku. Brzmi banalnie, ale w praktyce oznacza rezygnację z choinkowych powiadomień typu

„Zostaw numer, a zadzwonimy za 17,5 sekundy” wyświetlanych, gdy zaczynasz czytać.

Ta osoba pojawiła się na stronie, bo chciała się czegoś dowiedzieć. Jeśli damy jej przestrzeń i dopiero w odpowiednim miejscu zachęcimy do zrobienia kolejnego kroku, np. do pobrania powiązanego tematycznie e-booka, do zapoznania się z ofertą, czy też do przejścia do miejsca, w którym budujesz wiarygodność swojego zespołu, to jest bardziej prawdopodobne, że zrobi to, czego oczekujemy.

Jeśli chodzi o strony z materiałami do czytania, to Jestem zwolennikiem statycznych rozwiązań. Dlatego bardziej doceniam wyróżniający się kolorem pasek na górze albo na dole ekranu, który informuje o czymś ważnym, niż migoczące banery, pop-up’y i inne atrakcje zasłaniające ekran. 

Artykuł lub aktualność to strona główna dla osób spragnionych wiedzy, które być może nawet nie wiedzą kim jesteś. Daj im to, po co przyszli, a potem pokaż im więcej rzeczy, które mogą ich zainteresować, a jednocześnie pozwolą Ci zrealizować wyznaczony cel.

Strategia 3: „Mój ci jest”

Problemy klientów najczęściej rozwiązują prawnicy, a nie kancelarie. Prawnicy są polecani, prawników się szuka. Najpierw w Google, a dopiero potem na stronie kancelarii. Podstrony prezentujące prawników są jednymi z najczęściej odwiedzanych w prawniczych serwisach internetowych. Dlatego po wpisaniu Twojego nazwiska w wyszukiwarkę, potencjalny klient powinien poczuć, że trafił w dobre miejsce. To ma być dla klienta prywatne spa, vip lounge i skybox w jednym. Osoba, dla której ta wizyta będzie pierwszym spotkaniem ze stroną Twojej kancelarii, powinna krzyknąć niczym Danusia Jurandówna „mój ci jest” (ten prawnik).

Tymczasem podstrony prezentujące prawników to często zdjęcie legitymacyjne, połączone z rzewną historią o ukończeniu studiów prawniczych i rozległych zainteresowaniach. 

Twój potencjalny klient ma zobaczyć, przeczytać i poczuć, że nie ma sensu szukać pomocy w innej kancelarii. Z tego miejsca masz zabrać użytkownika w przyjemną podróż po kolejnych etapach zmierzających do pierwszej rozmowy, a docelowo zlecenia. Pokaż, w czym jesteś dobry, jakie problemy rozwiązujesz, kim jesteś jako człowiek i na jakich zasadach pracujesz.

Strona prezentująca prawnika to strona główna dla osób, które chcą wiedzieć, kto poprowadzi ich sprawę, kim jest i jak będzie walczył w ich imieniu. Przecież prawnik często ma być tarczą i mieczem jednocześnie. Pokaż, kim naprawdę jesteś i pamiętaj, że to strona dla klientów, a nie dla koleżanek i kolegów z branży.

Strategia 4: Pieniądze zamiast opowieści

Odłóżmy na bok bajki o tym, że prawnicy nie korzystają z kampanii płatnych w systemach reklamowych Google’a, Facebook’a czy LinkedIn’a. Nawet jeśli ktoś w to nadal wierzy, to są takie podstrony, które służą przedstawieniu konkretnej oferty potencjalnemu klientowi.

To tzw. landing pages, czyli strony, których celem jest zrealizować konkretny cel. To może być pobranie e-booka prowadzące do budowania bazy mailingowej, zbieranie zgłoszeń przez formularz kontaktowy, a nawet sprzedaż usług przez internet.

Osoba, która trafi na taką stronę, nie ma zapoznawać się z misją, wizją i wartościami kancelarii, 20-letnim doświadczeniem, 26 specjalizacjami, licznym zespołem, tysiącem napisanych pism i… Ty też już się nudzisz? Wyobraź sobie, że Twój potencjalny klient odpadł już przy specjalizacjach.

Wejdź w buty swojego klienta i pomyśl, czego powinien się dowiedzieć, jeśli zainteresowała go Twoja reklama. Tak, reklama. Ewentualnie post na portalu społecznościowym.

Taka osoba powinna dostać najważniejsze informacje m.in., że istnieje rozwiązanie problemu, z którym ta osoba przychodzi, że potrafisz takie rozwiązanie wdrożyć (bez gwarantowanego efektu, oczywiście) i że działasz w określony sposób, który wskazuje na Twoje doświadczenia i dodatkowo buduje wiarygodność w oczach klienta.

Do tego nieprzekombinowane formy kontaktu i tyle. Bez rozpraszaczy i zbędnych dodatków. Są też strony opisujące specjalizacje i usługi. Tutaj sytuacja wygląda podobnie do tej na sprzedażowych landing pages.

Tego typu podstrony to strony główne dla ludzi, których interesuje to, czy potrafisz rozwiązać ich problem, a nie to, kim jesteś albo czy masz siedzibę w nowoczesnym biurowcu. 

Jak to zrobić w praktyce?

W relacji prawnik-klient, prawnik jest najczęściej monotematyczny i chce zdobyć klienta, a raczej jego pieniądze. Jak widzisz na tych 4 przykładach, Twoi potencjalni klienci mają jednak różne potrzeby. To może wynikać z wielu przyczyn – na przykład z tego, że nie są jeszcze gotowi na podjęcie decyzji albo szukają potwierdzenia rekomendacji, którą dostali.

Dlatego, tworząc stronę internetową dla kancelarii, powinieneś skupić się nie na jednej stronie głównej, ale co najmniej na czterech. W przypadku każdej z nich zastanów się skąd, z jaką wiedzą i jakim nastawieniem przychodzi użytkownik. Inaczej będzie w przypadku szukania konkretnego prawnika w wyszukiwarce, a inaczej po lekturze postu na portalu LinkedIn, który prowadzi do case study. 

Pomyśl też, dokąd ten użytkownik powinien przejść w kolejnym kroku, gdy już znajdzie to, czego pierwotnie szukał. Oczywiście może kliknąć gdziekolwiek, ale Ty możesz świadomie skierować go w wybranym przez siebie kierunku.

Możesz to zrobić, układając kolorowe karteczki albo rysując proste diagramy w programie takim jak np. Miro. Warto zwizualizować i uświadomić sobie te połączenia. Gdy będziesz już na tym etapie, przemyśl komunikację dla każdej ze stron i zastanów się, co chcesz przekazać. To zdecydowanie ważniejsze od wybierania kolorów i zdjęć. Chodzi o to, żeby zaplanować, jak będzie czuł się użytkownik na stronie Twojej kancelarii, gdy tu w końcu trafi. Oby nie rozglądał się bezradnie jak John Travolta w Pulp Fiction.

Różne konteksty. Różne potrzeby. Różne ścieżki użytkownika. Jedna strona główna to za mało. Pracy będzie trochę więcej, ale naprawdę warto odrobić to zadanie domowe.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do naszgo newslettera i otrzymuj najnowsze informacje dotyczące marketingu prawniczego.

Administrator Danych Osobowych: Tomczak Stanisławski Marketing sp. z o.o. | Pełna klauzula

Ogłoszenie o pracę, które uwiedzie prawnika

Poniższy artykuł pochodzi z szóstego numeru wyjątkowego Magazynu branży prawnej – Magazynu Prawniczego. Jeśli chcesz przeczytać więcej eksperckich artykułów kierowanych do kancelarii…

SPRAWDŹ NAJNOWSZY NUMER MAGAZYNU LUB ZAMÓW PRENUMERATĘ!

***

Czy ogłoszenia o pracę i anonse matrymonialne z dawnych lat mają coś wspólnego? Mogą, a wręcz – lepiej, jeśli będą miały. Co to takiego i jak ma się ten cały „romans” do rekrutowania prawnika do kancelarii? Sprawdźmy.

Celem niemal każdego ogłoszenia jest skłonienie odbiorcy do zrobienia czegoś, na przykład do udziału w transakcji. Ogłoszenia o pracę i te o celach matrymonialnych mają jednak inny cel  nastawione są na zbudowanie relacji. Możliwie trwałej i szczęśliwej, bliskiej i dobrej. W przypadku takich ofert nie tyle zależy nam na „szybkim dealu”, ale na dotarciu do odpowiedniej osoby. Tak obrany kierunek zwiększa szanse powodzenia naszego nowo budowanego związku i wiąże się z pewnymi wyzwaniami komunikacyjnymi. 

Pociągająca klasyka vs współczesna proza 

Zacznijmy od prostego testu. Czym różnią się te ogłoszenia…

Farmaceutka lat 19, blondynka (kolor naturalny), z ciemnemi oczami, muzykalna, wielce zaawansowana w śpiewie, poszukuje znajomości z zamożnym osobnikiem, chętnie obywatelem ziemskim, kolegą po fachu (właścicielem apteki). 

Jeszcze żonaty, 30-letni, z wyższymi studjami zawrze znajomość z inteligentną elegancką osobą o umysłowości nie powszedniej, kochającą życie, słońce, naturę i wiosnę. Zamożność nie gra roli. Jasne blondynki wykluczone. Liczące na korzyści materjalne mogą się nie fatygować. Subjektywnych określeń zalet ani duchowych ani fizycznych nie podaję.

Kawaler lat 24, o miłej sympatycznej powierzchowności, urzędnik kolei, pragnie poznać pannę, do lat 30, w celu matrymonjalnym. Posag od 10.000 złotych wymagany. Oferty [tylko] wraz z fotografjami. *

… od tych ogłoszeń: 

Kancelaria Adwokacka z miasta X nawiąże współpracę z adwokatem lub radcą prawnym. Praca zdalna z zastrzeżeniem konieczności spotkania raz w tygodniu w biurze.

Kancelaria Radców Prawnych z siedzibą w mieście Y w związku z dynamicznym rozwojem Praktyki Spraw Procesowych poszukuje: aplikanta adwokackiego lub radcowskiego.

Kancelaria Prawna w mieście Z poszukuje studenta/studentki IV-V roku prawa do podjęcia stałej współpracy.

Odpowiedź jest prosta: wszystkim. Od pisowni (w pierwszym wypadku zachowałam oryginalną, staropolską), przez media publikacji (prasa drukowana vs grupa na Facebooku dla prawników poszukujących pracy), aż po cel prywatny (choć czy na pewno?) vs biznesowy. Zostawmy jednak te oczywiste różnice i skupmy się na czymś innym. Czego powyższe zestawienie może nas nauczyć w kontekście budowania atrakcyjnych ofert pracy dla prawników? 

Od człowieka dla człowieka 

Personalizacja. We wszystkich sześciu ogłoszeniach brakuje danych, które pozwalałyby rozpoznać nadawcę. Trzy pierwsze anonse, w precyzyjnie limitowanej liczbie znaków, zarysowują nam jednak dość wyraźnie nadawcę komunikatu. Płeć, wiek, sposób pisania, preferowane wartości wszystkie te informacje o autorze sprawiają, że każda z ofert jest unikalna i ma szansę przyciągnąć odpowiedniego odbiorcę (lub go zniechęcić jak w przypadku jasnych blondynek w ogłoszeniu nr 2).

Konkrety, nie frazesy 

Jesteśmy liderem na rynku tego i owego. Z sukcesami od wielu lat zdobywamy rynek, inwestując w nowe rozwiązania i personel. W związku z dynamicznym rozwojem… Wróć! Co wyróżnia Twoją kancelarię poza specjalizacją i miejscem głównej siedziby? Co sprawia, że klienci wybierają akurat Twój zespół, a ludziom chce się u was pracować? Jaki wizerunek Twojej kancelarii jako pracodawcy chcesz pokazać? Co unikalnego możesz zaoferować kandydatowi? 

Ciepło, cieplej, gorąco

Zastanów się, jakie informacje rozpalą wyobraźnię odbiorcy ogłoszenia. Zapalą lampkę „to jest praca dla mnie”. Linkedin przeprowadził jakiś czas temu badania z użyciem heat mapy. Wykazały one, że patrząc na testową ofertę pracy, kandydaci skupiali uwagę przede wszystkim na danych na temat wynagrodzenia i benefitów. Uwagę skierowali także na informacje dotyczące specyfiki pracy, zakresu obowiązków, wymaganych kwalifikacji i lokalizacji. Bardzo przydatne okazały się dokładne opisy dotyczące codziennych zadań na danym stanowisku oraz tego, co będzie świadczyło o ich realizacji. Co ciekawe, sekcje poświęcone firmie, były najchłodniejszym z badanych obszarów. 

Pokaż (odpowiedni) język

Wspomniane w poprzednim akapicie badania zawierały testy A/B ogłoszeń w trzech  „wersjach językowych” ogólnej, formalnej i potocznej. Co ciekawe, najbardziej pozytywny odbiór zyskała wyważona forma.

Najkorzystniejsze wrażenie pracodawcy oraz najsilniejszą tendencję do aplikowania wywołało również ogłoszenie o tonie „ogólnym”. Drugą w kolejności punktację procentową osiągnęło ogłoszenie formalne, a najsłabszą reakcję wzbudziła oferta napisana w języku potocznym. Zbyt „luźne” ogłoszenia raczej nie grożą branży prawnej, ale jednocześnie warto zachowywać ostrożność i nie popełniać błędu zupełnie odwrotnego operowania trudnym, formalnym językiem. Atutem językowym będzie także użycie zwrotów i sformułowań, które są jasne i charakterystyczne dla stanowiska, którego oferta dotyczy. 

Poprawność i przyzwoitość

Z prawnego, ale też czysto przyzwoitego punktu widzenia, ogłoszenie o pracę nie może w żadnym stopniu dyskryminować kandydatów. Można więc szukać osoby na juniorskie stanowisko, ale nie powinno się pisać o „osobie młodej”. Nie należy również zawężać oferty dla konkretnej płci, nie mówiąc już o kolorze, czy odcieniu włosów (sic). Prawną „wisienką na torcie” jest informacja o wymaganej od aplikujących kandydatów klauzuli przetwarzania danych. Rzecz niby oczywista, ale warto o niej przypomnieć. Nawet na facebookowych grupach, na których ogłoszenia publikują prawnicy, zdarzają się przypadki ogłoszeń bez odpowiednich klauzul. 

Dobry haczyk na najmądrzejsze ryby 

Bill Joy, twórca jednej z największych na świecie firm z branży IT, która to branża zawsze jest pionierem, jeśli chodzi o trendy w rekrutacji, podobno powiedział kiedyś No matter who you are, most of the smartest people work for someone else

Kandydaci, których szukasz, najprawdopodobniej nie czekają aż opublikujesz ofertę. Raczej pracują w innych kancelariach i od czasu do czasu wertują portal Pracuj.pl, czy grupy na FB, aby zobaczyć, co dzieje się na rynku pracy. Są jak dobrze karmione ryby, którym zarzuca się wędkę z przynętą aby po nią sięgnęły, wabik powinien być wyjątkowo intrygujący. Dopracowana komunikacja, a także odpowiednia szata graficzna oferty pracy mogą zachęcić do aplikowania. 

Na koniec wróćmy jeszcze na chwilę do ogłoszeń matrymonialnych. Możliwe, że Twoje ogłoszenie o pracę też zachęci kogoś do „zmiany partnera”. Z tą jednak różnicą, że taka „zdrada” to nie grzech. 

* Źródło: Jedyne w Polsce pismo poświęcone sprawom kojarzenia małżeństw. 1923, nr 38; Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa, za: https://wspolczesna.pl/pani-pozna-pana-atrakcyjny-pozna-pania-czyli-ogloszenia-matrymonialne-z-dawnych-lat-tinder-xx-wieku/ga/c13-13243383/zd/29485229.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do naszgo newslettera i otrzymuj najnowsze informacje dotyczące marketingu prawniczego.

Administrator Danych Osobowych: Tomczak Stanisławski Marketing sp. z o.o. | Pełna klauzula

MPP#080 Kancelaria w Wielkiej Brytanii: zarządzanie, ludzie, marketing – Marcin Durlak

Wyobraź sobie blisko 40-osobową kancelarię, w której mówi się 15 językami, otwarcie wspiera członków społeczności LGBTQ+, a za dział obsługi klienta odpowiada były frontman restauracji. Brzmi jak z innego świata, prawda? A jednak taka kancelaria istnieje. Witamy w IMD Solicitors, kancelarii z Manchesteru, ale z polskimi korzeniami.

Moim dzisiejszym gościem jest Marcin Durlak – współzałożyciel i partner zarządzający IMD. Marcin razem ze swoją żoną Iwoną świadome rozwijają swój prawniczy biznes i mają ciekawe doświadczenia dotyczące budowania zespołu oraz tworzenia nowych usług dla klientów.

Rozmawiamy o tym, jak prowadzi się kancelarię w Wielkiej Brytanii, jaka jest specyfika tamtejszego rynku, jakie jest podejście do budowania zespołu i na co zwracają uwagę klienci.

Dodatkowo Wielka Brytania to kolebka marketingu prawniczego, dlatego poruszamy też temat promowania usług kancelarii z perspektywy bardziej rozwiniętego rynku.

Ten wywiad to 8. spotkanie z cyklu LEGAL MARKET Stories, w którym ciekawi ludzie z branży prawniczej dzielą się w swoimi doświadczeniami. Poza słuchaniem, tę i poprzednie rozmowy z tej serii możesz także obejrzeć na YouTubie

LINKI 

🖥 strona www IMD Solicitors

🖥 profil LinkedIn Marcina Durlaka

KSIĄŻKI

📖 7 Habits of highly effective people (Stephen Covey)
📖 Atomic habits (James Clear)
📖 Ideal Team Player (Patrick Lancioni)
📖 8 dimensions of leadership (Jeffrey Sugerman, Mark Scullard, Emma Wilhelm)
📖 E-myth revisited (Michael Gerber)
📖 Rich Dad Poor Dad (Robert Kiyosaki)
📖 Eat that Frog (Brian Tracy)
📖 Lifespan (David Sinclair)
📖 Sapiens (Yuval Noah Harari)

RABATY, ZNIŻKI, KODY 🙂 

Przypominam o zniżkach, które przygotowaliśmy dla słuchaczy podcastu. 

Kod “podcast” jest uniwersalny i daje 10% zniżki na:

MPP#079 Mierzenie czasu w kancelarii: praktyka, mity i marketing – Jakub Kaliński

Peter Drucker powiedział, że jeśli nie możesz czegoś zmierzyć, nie możesz tym zarządzać. Tymczasem w wielu kancelariach nadal panuje alergia na mierzenie czegokolwiek poza pieniędzmi na koncie, o ile oczywiście jest co mierzyć.

W rozmowie z Jakubem Kalińskim rozmawiamy o tym, co, dlaczego i jak można mierzyć w kancelarii albo firmie doradczej w kontekście business development i bieżącej działalności.

Osią naszej rozmowy jest mierzenie czasu pracy, ale płynie z niej dużo więcej informacji i inspiracji. W pewnym momencie Kuba mówi nawet, że prawniczy timesheet może być traktowany jako narzędzie komunikacji.

Jeśli chcesz rozprawić się z mitami na temat mierzenia czasu pracy, chcesz poznać metryki, które możesz zastosować na różnych poziomach zaawansowania oraz szukasz wskazówek na przekonanie zespołu, że można to wszystko zrobić bezboleśnie to zapraszam do wysłuchania tej rozmowy.

Dowiesz się też:
💡 jak obronić zaokrąglanie czasu w górę do 15 minut?
💡 co można mierzyć w kancelariach pod względem business development i rentowności?
💡 w jaki sposób przygotować się do mierzenia (wybór metryk, narzędzi)?
💡 jak przygotować zespół?
💡 kiedy dane mogą doprowadzić nas do błędnych wniosków?

Na końcu poruszamy wątek wykorzystania pomiarów i tego co z nich wynika w komunikacji marketingowej i sprzedaży. To już część z gwiazdką, dla chętnych 🙂

LINKI

🖥  rozmowa z Joanną Lubecką na temat wyceny usług prawnych (odcinek 69.)

RABATY, ZNIŻKI, KODY 🙂

Przypominam o zniżkach, które przygotowaliśmy dla słuchaczy podcastu. Kod „podcast” jest uniwersalny i daje 10% zniżki na:

Poważny Pan Adwokat, Słodka Adwokatka

Emilia Kołsut. Student prawa. W taki właśnie sposób zostałam podpisana w artykule, który jeszcze w trakcie studiów wysłałam na konkurs do jednego z branżowych magazynów. W tekście, który wyszedł spod mojego pióra, ewidentnie widniała „studentka”. Najwyraźniej jednak komuś z redakcji forma „studentka” (skądinąd, brzmiąca przecież bardzo naturalnie), po prostu nie odpowiadała.

Później, po studiach, kiedy zajęłam się copywritingiem i korektą tekstów prawnych, nieufność branży prawnej do feminatywów ponownie dała o sobie znać. Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że kiedy tylko w opisie zespołu, użyłam określeń takich jak  „aplikantka” czy „prawniczka”, klientki błyskawicznie poprawiały je na formy męskie. O użycie formy takiej jak „adwokatka” czy „radczyni prawna”, jako tych brzmiących bardziej egzotycznie, nigdy się nie pokusiłam. Myślę jednak, że nietrudno byłoby przewidzieć reakcję. Pytanie więc brzmi…

…dlaczego feminatywy w branży prawnej są tak kontrowersyjne? 

Stosowanie feminatywów to od lat przedmiot ożywionej dyskusji. Utożsamiane z feminizmem (niestety najczęściej z tym w niewłaściwym rozumieniu), uważane do niedawna za wymysł, zaczęły wkraczać na salony. Szerokim łukiem ominęły jednak branżę prawną. Jakie mogą być przyczyny?

  • Możliwości prawniczek są ograniczone. Ustawy wprost regulują tytuły zawodowe, a więc w dokumentach, czy relacjach stricte oficjalnych pole do dyskusji zostało z góry mocno zawężone. 
  • Feminatywy brzmią infantylnie i obniżają prestiż wykonywanego zawodu. Taki argument w rozmowach z przedstawicielkami zawodów prawniczych pojawiał się bardzo często. Argument mówiący o tym, że „adwokatka” to przecież ciasteczko również…
  • Branża prawna potrzebuje czasu. Feminatywy w dyskusji publicznej pojawiły się stosunkowo niedawno (choć nie są żadną nowością, ale o tym poniżej), a branża prawna zwykle potrzebuje chwili na adaptację. Nie chciałabym nikogo tym stwierdzeniem urazić, bo wiem, że wielu prawników to osoby niezwykle postępowe, wyprzedzające swoim podejściem aktualne realia. Mimo to konia z rzędem temu, kto na swojej drodze nie spotkał stereotypowego prawnika, ze skórzaną teczką, figurką Temidy na dębowym biurku, szepczącego pod nosem zaklęcia, których nikt nie rozumie. Ja spotkałam. I szczerze mówiąc wątpię, aby żeńska część zespołu na stronie internetowej takiej kancelarii pokusiła się o użycie feminatywów.

Co mówią mądrzejsi?

Zagadnienie feminatywów nie jest już kwestią wyłącznie naszych subiektywnych ocen. W 2019 r. feminatywami w kontekście żeńskich nazw zawodów zajęła się Rada Języka Polskiego przy Prezydium PAN. Opinia ekspertów jest jednoznaczna nie ma żadnych przeciwwskazań językowych, aby tworzyć feminatywy i z nich korzystać. 

Większość argumentów przeciw tworzeniu nazw żeńskich jest pozbawiona podstaw. Jednakowe brzmienie nazw żeńskich i innych wyrazów, np. pilotka jako kobieta i jako czapka, nie jest bardziej kłopotliwe niż np. zbieżność brzmień rzeczowników pilot „osoba” i pilot „urządzenie sterujące”. Trudne zbitki spółgłoskowe, np. w słowie chirurżka, nie muszą przeszkadzać tym, którzy wypowiadają bez oporu słowa zmarszczka czy bezwzględny (5 spółgłosek). Nie powinna też przeszkadzać wieloznaczność przyrostka -ka jako żeńskiego z jednej strony, a z drugiej zdrabniającego, tworzącego nazwy czynności czy narzędzi, ponieważ polskie przyrostki są z zasady wielofunkcyjne. Dlatego zresztą nie dziwi szczególna popularność jedynego przyrostka wyłącznie żeńskiego -ini/-yni, np. naukowczyni czy gościni.

Rada Języka Polskiego dodaje, że istotne jest dążenie do symetrii nazw osobowych męskich i żeńskich. Równocześnie jednak zwraca uwagę, że prawo do stosowania nazw żeńskich należy zostawić mówiącym, pamiętając, że obok nagłaśnianych ostatnio w mediach wezwań do tworzenia feminatywów istnieje opór przed ich stosowaniem

Wróżka ze mnie marna, jednak sądzę, że choć przełamanie tego wspomnianego oporu, może się okazać trudne, tak naprawdę byłoby… powrotem do przeszłości. 

Jak było kiedyś?

Feminatywy nie są aktualnym „wymysłem”. Stosowane były już ponad 100 lat temu. Na początku XX w. coraz więcej kobiet kończyło studia oraz rozpoczynało pracę w „męskich” zawodach. Formy takie jak „doktorka”, „adwokatka”, czy nawet „magisterka” nie były wówczas niczym zaskakującym. 

„Poradnik Językowy” z 1901 r. użycie feminatywów motywuje logiką związaną z różnicami płciowymi. Zmieniło się to jednak po II Wojnie Światowej. Zwyciężyła wówczas tendencja językowa, polegająca na dodawaniu rzeczownika „pani” przed formą męską (pani doktor, pani adwokat, pani psycholog itp.). W szczególności tendencja ta dotyczyła funkcji prestiżowych, zawodów zaufania publicznego, a więc wypisz wymaluj  branży prawnej. 

Co ciekawe, stopniowe zanikanie form żeńskich, spowodowane było… dążeniem do równouprawnienia (sic!). To właśnie w imię równouprawnienia zrezygnowano z „podziału” i przyjęto jednolitą formę formę męską. W dzisiejszych czasach ta logika wydaje się nieco pokrętna, jednak ostatecznie to właśnie formy męskie na dobre zadomowiły się w naszym języku. 

Nie powinniśmy się więc dziwić, że formy żeńskie w przypadku zawodów prawniczych powszechnie kojarzą się bardziej infantylnie. Jesteśmy po prostu przyzwyczajeni, że prestiżowe zawody od dobrych kilkudziesięciu lat mają formę męską. Mają i już. Warto się jednak zastanowić czy to skojarzenie na pewno nam odpowiada? 

W odpowiedzi na to pytanie może pomóc uświadomienie sobie, że choć „zwycięska” tendencja polegająca na dodawaniu rzeczownika „pani” przed nazwą zawodu, wydaje się bezpiecznym kompromisem, nie jest niestety bez wad. Dlaczego? Niech przemówi praktyka. Koleżanka, będąca tłumaczką przysięgłą, zamówiła sobie piękny szyld do swojego świeżutkiego gabinetu: TŁUMACZ PRZYSIĘGŁY Anna Kowalska. Tak się złożyło, że tytuł zawodowy widoczny był dużo bardziej niż nazwisko, co zresztą na etapie projektowania graficznego było świadomym założeniem projektu graficznego. W praktyce okazało się jednak, że klienci, którzy wchodzili do gabinetu, pytali… gdzie jest ten tłumacz. Bo tu najwyraźniej siedzi jego asystentka.

Na dłuższą metę odrobinę irytujące, prawda?

Język cichy obserwator przemian społecznych  

Uwielbiam pracę z językiem. Uwielbiam wszystkie nasze rodzime kreseczki, ogonki, skomplikowaną odmianę, każdy z siedmiu przypadków. Przede wszystkim uwielbiam jednak to, że język, oprócz tego, że spełnia oczywistą funkcję komunikacyjną, po prostu żyje. Zmienia się, ewoluuje, reaguje na przemiany społeczne, jest bacznym obserwatorem naszej rzeczywistości. 

A jaka ta rzeczywistość będzie? Cóż, w tych trudnych czasach, trzeba mieć nadzieję, że inna. Bardzo chciałabym żyć w  świecie, w którym określenie „adwokatka” nie wzbudza pogardliwego uśmieszku i skojarzeń z ciasteczkiem, a „radczyni” nie jest uznawana za żonę radcy. Świecie, w którym feminatywy będą naturalną częścią językowej rzeczywistości, z których bez narażania się na opinie, można będzie korzystać lub nie. Czymś tak naturalnym, że nie będzie konieczności zastanawiania się, czy jesteśmy za, przeciw, czy może za, a nawet przeciw. 

Aby ten artykuł nie był jednak wyłącznie moją osobistą refleksją i garścią suchych faktów, postanowiłam zapytać o zdanie przedstawicielki branży prawnej. Za wszystkie wypowiedzi serdecznie dziękuję. 

A na koniec dwie anegdoty

Pierwsza wspaniale pokazuje, że w języku polskim feminatywy bywają naprawdę niezbędne. Swojego zdziwienia na widok nagłówka Krzysztof Bosak wziął ślub z prawnikiem Ordo Iuris, nie zapomnę długo. 

Druga to natomiast historia znajomej radczyni. Opowiadała, że kiedyś trafił jej się klient, który oburzył się za stosowanie wobec niego określenia… strona. Bo było zbyt babskie.

Głos branży

Feminatywy w branży prawnej tak czy nie?

Marzena Pilarz-Herzyk, MamaPrawniczka.pl 

Używanie feminatywów absolutnie mi nie przeszkadza. W swojej praktyce zawodowej niemal zawsze stosuję jednak określenie „prawnik”. Paradoksem tej sytuacji jest fakt, że od lat w sieci jestem rozpoznawalna jako „Mama Prawniczka” nazwa ta  wynikała jednak z braku podobnej domeny ze słowem „prawnik”. Zaobserwowałam również, że klienci bardzo rzadko w kontekście prawników używają określenia „prawniczka”. Myślę, że specyfika zawodu wydaje się odbiorcom na tyle poważna, że trudno im dopasować wersję kobiecą. Moim pierwszym wykształceniem jest wykształcenie artystyczne i bardzo często mówiąc o sobie, czy pisząc BIO, wskazuję, że jestem artystką i prawnikiem. Pierwsze ma chyba dla mnie wymiar bardziej sentymentalny, jest odzwierciedleniem czegoś prywatnego. W kontekście wykonywanego zawodu w moim odczuciu wykonuję jednak zawód prawnika.


Natalia Stojanowska, Kancelaria Radcy Prawnego Natalia Stojanowska

Nie jestem wielką zwolenniczką stosowania feminatywów w branży prawnej. Niektóre są trudne w wymowie, brzmią nienaturalnie lub zdają się obniżać wagę pełnionej funkcji.  Tytuł zawodowy „radca prawny”, „adwokat”, czy „komornik sądowy” jest neutralny, bo definiuje stanowisko, pełnioną funkcję, zawód czy urząd. Ten zaś jest neutralny płciowo. Najczęściej pojawiającym się argumentem za wykorzystywaniem końcówek żeńskich jest próba uniknięcia ewentualnej dyskryminacji czy seksizmu. Mając jednak na uwadze tożsamość płciową osoby, do której się zwracamy oraz liczbę płci, należy iść raczej w kierunku neutralności płciowej. Nawet w języku angielskim, z natury obojętnym płciowo, w którym rzeczowniki osobowe są przeważnie neutralne, odchodzi się od terminów wskazujących na płeć. Zamiast np. „policeman” czy „policewoman” coraz częściej stosuje się „police officer”. 


Emilia Barabasz, adwokatka w Barabasz Dębska Adwokaci, członkini Zespołu ds. Kobiet przy NRA

Żeńskie końcówki są dla mnie ważne, i to nie tylko z powodu przywiązania do gramatycznej poprawności. Feminatywy w społeczeństwie pełnym systemowych i kulturowych nierówności płciowych służą jako narzędzie antydyskryminacyjne. Zwiększają rozpoznawalność kobiet w zawodzie uznawanym tradycyjnie za „męski”, który przy braku „adwokatek”, „aplikantek”, czy „radczyń prawnych”, wydaje się rzeczywiście całkowicie zdominowany przez mężczyzn. Feminatywy uczą opinię publiczną, że w zawodach prawniczych pracują rzesze kobiet, nie pozwalają wymazywać i umniejszać naszej obecności i naszych osiągnięć. Na co dzień posługuję się feminatywami i mówię o sobie „adwokatka”; tak przedstawiam się dziennikarzom i tak określam swoją rolę zawodową na naszej kancelaryjnej stronie internetowej. Coraz więcej kobiet tak robi, mimo szyderstw ze strony niektórych kolegów-adwokatów i koleżanek-adwokatów. Widzę, jak na argument, że adwokatka to takie słodkie ciastko, odpowiadają spokojnie, że adwokat to taki słodki alkohol. W tym roku udało nam się nawet oficjalnie przemianować nagrodę, przyznawaną przez Naczelną Radę Adwokacką, z wcześniejszej „Kobiety Adwokatury” na „Adwokatkę Roku”. Czuję, że jesteśmy na dobrej drodze.


Anna Mąkowska, aplikantka rzecznikowska, Bury & Bury Kancelaria Patentowa

W trakcie aplikacji rzecznikowskiej zawsze myślałam o sobie i używałam określenia „aplikantka”. Teraz, po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego, myślę o sobie jako o przyszłej rzeczniczce. Oficjalne posługiwanie się feminatywami rodzi jednak parę nieoczywistych problemów. Ustawa o rzecznikach patentowych chroni tytuł zawodowy „rzecznik patentowy”, więc posługiwanie się terminem „rzeczniczka patentowa” pozostaje prawnie nieuregulowane. Dodatkowo, z racji bardzo niewielkiej popularności takich feminatywów, utrudnione jest np. pozycjonowanie stron internetowych. Chciałabym, żeby nazwy żeńskie zawodów było prawnie uregulowane (podobną sytuację mają np. lekarki) w zasadzie byłoby to odwrócenie procesu maskulinizacji tytułów i nazw zawodowych w okresie powojennym. Przede wszystkim jednak marzy mi się rzeczywistość, w której używanie feminatywów jest opcjonalne, społecznie akceptowalne, nie wzbudza dyskusji ani oceny.


Kamila Mizeracka, Szef Praktyki Prawo Zamówień Publicznych w Kancelarii Brysiewicz Bokina Sakławski i Wspólnicy sp.k.

Feminatywy w branży prawnej moim zdaniem nie. Nie potrzebowałam tego, gdy zaczynałam swoją karierę zawodową, aby awansować, ani po to, żeby zostać doceniona. Dotyczy to wszystkich branż. Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie nie reprezentuję stanowiska najbardziej powszechnego obecnie wśród kobiet. Uważam jednak, że merytoryka zawodowa nie przybierze na sile dzięki feminatywom. Jest wręcz przeciwnie my tę siłę miałyśmy od zawsze, na równi z mężczyznami. Takie stanowisko pozwala mi jednak na szacunek i akceptację przeciwnego, wolnego wyboru kobiet, które z feminatywami czują się po prostu lepiej.


Aleksandra Wejdelek-Bziuk, AdwokatKobiet.pl

Zdecydowanie tak dla feminatywów powiem o sobie przedsiębiorczyni, pracodawczyni, a nawet adwokatka, jeśli będę miała na myśli aspekt społeczny. Jestem jednak przeciwna „adwokatce” jako nazwie zawodu. Zawód, który przewiduje prawo, to zawód adwokata. 

Tekst został opublikowany na łamach magazynu Marketing Prawniczy (nr 5).

 

 

Podcastowe podsumowanie roku 2022

Po sylwestrowej nocy przyszedł czas na podcastowy wspomnień czar. Zapraszam na przegląd TOP 2022 w podcaście “Marketing prawniczy w praktyce”.

Na początek trochę statystyk:

  • 3️⃣2️⃣ w 2022 roku pojawiły się 32 nowe odcinki (numery od 47 do 78)
  • 👩‍💼👨‍💼 wśród gości było 15 pań (40,5%) i 22 panów (59,5%).
  • 📈 ciekawą informacją było dla mnie też to, że liczba obserwujących podcast w Spotify wzrosła o 108% (z 507 do 1057).
  • 🖥 łącznie w ubiegłym roku odcinki podcastu odsłuchaliście 17.996 razy (dane ze Spreakera, bez video na YT). Niewiele osób chwali się swoimi wynikami, więc trudno mi określić czy to dużo czy mało. Jak na tak niszową tematykę to chyba jednak nie najgorzej.

⏱ Ciekawostka: przyjmując, że jeden odcinek trwa średnio 60 minut i optymistycznie zakładając, że słuchaliście każdą rozmowę chociażby do połowy wychodzi na to, że uszczupliłem polski rynek prawniczy o 9000 godzin, chociaż nie wiem czy billable 🤩

Przejdźmy jednak do zestawienia TOP. Uwaga, werble…. 🙂

Trzy najczęściej słuchane odcinki w 2022 roku to:
🥇 #064 Jak pisać pisma procesowe i prowadzić komunikację w sporze? z Maciejem Gawrońskim
🥈 #049 Tworzenie usług kancelarii w podejściu procesowym z Tomasz Prus
🥉 #047 Prawnicy nie muszą zajmować się marketingiem z Marcin Tomczak

Statystyki roczne naturalnie promują odcinki publikowane najwcześniej.
Dlatego przyjrzałem się też najpopularniejszym odcinkom w poszczególnych kwartałach i wyniki są następujące:
🏅Q1 #064 Jak pisać pisma procesowe i prowadzić komunikację w sporze? z Maciejem Gawrońskim
🏅Q2 #057 Marketing prawniczy w stylu “zrób to sam” z Hubertem Włodarkiem
🏅Q3 #065 W jaki spoosób konkurować na rynku prawniczym? Świat okiem badacza z Markiem Gnusowskim
🏅Q4 #069 Rzetela wycena usług prawnych z Joanną Lubecką, chociaż tutaj goni ją odcinek o wychodzeniu z marketingowej strefy komfortu z Anetą Mróz opublikowany dopiero 2 tygodnie temu (#078)

Na koniec krótko o prowadzących i seriach odcinków.
W ramach podcastu funkcjonują teraz 2 serie rozmów: LEGAL MARKET Stories oraz Prawo do emocji. Tę drugą prowadzę z Adam Sornek.
Jedną z rozmów z cyklu LMS poprowadził też Marcin Tomczak.

Bardzo dziękuję wszystkim rozmówczyniom i rozmówcom oraz Wam Drogie Słuchaczki i Drodzy Słuchacze.
Jeśli jest ktoś kogo powininenem zaprosić do rozmowy albo jest jakiś temat, o którym chcielibyście posłuchać to dajcie znać w komentarzu.

Przypominam, że wszyskie odcinki znajdziecie w popularnych aplikacjach podcastowych.
Zapisz się do naszego newslettera, żeby nie przegapić kolejnych odcinków

Do usłyszenia!

Chcesz być z nami
na bieżąco?
Zapisz się do newslettera